1.  ATB in Concert V (02.05.2011, Poznań)

2.  ElectroCity VI (14.08.2011, Lubiąż)

3.  Strefa Kibica – Fan Zone (25.06.2012, Gdańsk)

4.  Summer House Festival (25.08.2012), Zalew Chechło- Nakło)

5.  Club Energy 2000 (13.10.2012, Katowice)

6.  Klub Pacha (09.05.2014, Poznań)

7.  Pierwszy "luźny" zlot (01-03.08.2014, Lubniewice)

8.  Mayday (08.11.2014, Katowice)

9.  Fame Music Festival (10-11.04.2015, Wrocław)

10.  Drugi "luźny" zlot (11-13.09.2015, Lubniewice)

 

 


 

 

 

ATB In Concert V – Poznań, 2 maja 2011 – koncert skrajnych emocji…

 

Z ATB spotkałem się po raz pierwszy w 1998 roku, kiedy to przez przypadek natrafiłem na mp3 z utworem zespołu Ayla – „Liebe”, zmiksowanym przez André. Pamiętam, że nie miałem bladego pojęcia, ani o Ayla, ani o ATB, ani o muzyce trance. „Liebe” zagościł u mnie już na zawsze i jeśli ktoś zapyta „jak to się zaczęło”, z pełnym przekonaniem odpowiem, że właśnie „miłością’.

Czas płynął, ATB zdobywało popularność, a ja kolejne jego albumy. André gościł w mych głośnikach bardzo często i wymieniany był przeze mnie na równi z całym mnóstwem innych „moich ulubionych” zespołów.

Z każdym kolejnym rokiem albumy studyjne ATB zdobywały moje uznanie coraz bardziej, a ja sam zauważyłem, że nie tyle słucham, ile zaczynam wsłuchiwać się w jego aranżacje, oceniać klimat poszczególnych albumów i wychwytywać niuanse między nimi. Celowo podkreślam – mowa jest o albumach studyjnych, ponieważ o ile dwa pierwsze albumy z serii DJ In The Mix urzekły mnie, o tyle moja przygoda z serią „In The Mix” skończyła się właśnie na drugim albumie tej serii. Co prawda – kupowałem kolejne wydania „In The Mix”, ale pamiętam jak dziś, jak umieszczałem kolejne krążki w odtwarzaczu cd, nie dawałem utworom więcej jak kilkadziesiąt sekund i… Następny.. Następny… Następny… Nie rozumiałem interpretacji i przesłania tych kompilacji. Tak bardzo różniła się od tego, czego oczekiwałem po muzyce André na podstawie jego albumów studyjnych, że najzwyczajniej w świecie nie akceptowałem jego setów.

Z każdym z albumów André mam wiele wspomnień, momentów z życia, nie zawsze ważnych, ale takich migawek, które pamiętam. Dlatego też, gdy w 2011 roku natrafiłem na informację, że w maju odbędzie się koncert ATB w Poznaniu, zdecydowałem się pojechać. Pewnie dziwicie się, dlaczego dopiero w 2011 roku. A żebym to ja wiedział… Zapewne część z Was pomyśli, – „co to za fan ATB, który nie był na żadnym koncercie, a przecież było ich tak wiele”. Nie odpowiem Wam na to pytanie – nie mam bladego pojęcia, jak to się stało i gdy widzę filmy z jego poprzednich występów, to zdaję sobie doskonale sprawę, ile zabawy i emocji mnie ominęło. Ale czasu się nie cofnie, co najwyżej można wyciągnąć wnioski ze swojego postępowania.

2 maja zbliżał się, wiedziałem, że koncert będzie okazją do promocji najnowszego albumu „Distant Earth”, dlatego oczywistą rzeczą było dla mnie zapoznać się z nim przed koncertem. Wrażenia? Bardzo dobry krążek, kolejny bardzo dobry. Jakiś utwór, który szczególnie zapadł mi w pamięć? Nie, po prostu spójny, bardzo dobry krążek o radosnym zabarwieniu. Taki był stan mojej świadomości na dzień 1 maja 2011.

Podczas poszukiwań informacji na temat koncertu, natrafiłem za pośrednictwem Facebooka na osobę Tomasza Obierec, którego ochrzciłem mianem „Szeryfa” Oficjalnego Polskiego Fanklubu ATB, który przekazał mi informacje nt. spotkania fanklubowiczów. Od tego też momentu rozpoczęła się nasza znajomość.

2 maja 2011, jedziemy na koncert ATB! Zgodnie z planem, zgromadziliśmy się z fanklubowiczami przed jednym z wejść do poznańskiej Areny. Z plakatem w dłoniach czekaliśmy, aż André skończy próbę dźwiękową, jednocześnie modląc się, by nie przegonił nas deszcz

Po godzinie oczekiwania pojawił się André. Podszedł do nas, przywitał się, pozdrowił, uścisnął nasze prawice :-), rozdał autografy, podpisał nasz baner, po czym zrobił pamiątkowe zdjęcie z nami wszystkimi i życzył udanego koncertu. Niestety, nie mieliśmy okazji, by porozmawiać z nim na spokojnie, czy też zrobić kilka indywidualnych zdjęć, wszystko trwało ledwie kilka chwil, ale warto było czekać.

Pomimo krótkiego spotkania z naszym Wirtuozem, choć – bądźmy szczerzy – każde spotkanie byłoby za krótkie :-), z uśmiechem na twarzach udaliśmy się do pobliskiej pizzerii celem podładowania akumulatorów przed głównym daniem wieczoru – koncertem.

Godzina 20: 00, pojawiamy się w Arenie. Ludzie powoli gromadzą się na płycie. Przede mną scena, ciemna, z dyskretnie podświetlonymi elementami i przemykającymi tu i ówdzie „gwiazdkami” ATB. W pewnym momencie z głośników zaczynają dochodzić pierwsze dźwięki. Ambient w wykonaniu ATB, m.in. „Authentic Reaction” i „Living life over”, znane nam z fantastycznego albumu „Future Memories”. Nie zabrakło oczywiście utworów z drugiego krążka „Trilogy”. Muzyka sączyła się z głośników, rozglądałem się po arenie a moje pierwsze wrażenia były jak najbardziej pozytywne. Momentalnie otoczył mnie klimat dokładnie taki, w jaki miałem się zanurzyć – w klimat skrajnych emocji – wyciszenia i jednoczesnego podniecenia, uśmiechu i smutnych migawek z życia, radości i smutku, spokoju i nerwowości, niepokoju i rozluźnienia…Koncert jeszcze się nie zaczął, ale mnie już nie było „tam na zewnątrz”.

Miałem okazję prowadzić obserwacje z balkonu, który znajdował się na tylnej ścianie areny, powyżej poziomu sceny i już pierwsze ambientowe utwory przekonały mnie, że punkt widokowo-odsłuchowy wybrałem sobie idealnie. Jako fanatyk perfekcyjnego brzmienia, znalazłem się dokładnie pośrodku sceny dźwiękowej. Pode mną trwały ostatnie przygotowania obsługi technicznej do koncertu a ogrom sprzętu, nad którym obsługa musiała zapanować, skłaniał do podziwu. Niezliczona ilość mixerów, laptopów, ekranów, kabli i…myśli, czy wszystko jest już tak, jak tego wszyscy oczekujemy.

Koncert rozpoczął występ Josh’a Gallahana i „Your I love you” z „Emergency”.

 

 

 

 

 

 

Josh Gallahan zaprezentował się bardzo dobrze. Set zgrabnie skomponowany, z nutą i motywami charakterystycznymi tylko dla Josh’a. I gdy jego występ chylił się ku końcowi Arena nagle stanęła w płomieniach… To był pierwszy moment, który na stałe zapadł mi w pamięć. Po raz pierwszy słuchając trance’u poczułem się wybity z trance’u, ale to, co zobaczyłem i usłyszałem, było niesamowite. 12 tysiący ludzi klaszczących w rytm „Nothing Else Matters”, ogień, błękitne płomienie niczym gaz podsycający ogień… Po prostu „shadows dissapeared”. I znowu te jego magiczne przejścia, zmiana rytmu na krótkich odcinkach czasu i rozkręcanie, rozkręcanie aż cała Arena zapłonie. Serducho przyklęknęło i nie chciało wstać długi czas.

Nie zdążyliśmy ochłonąć a przyszedł już czas na André. Zapadł mrok. Z głośników sączył się majestatycznie spokojny motyw, ale przez skórę czuć było emocje, grozę, niepewność, tajemniczość i to, że lada moment pojawi się Mistrz Ceremonii, na którego tak bardzo wszyscy czekaliśmy. Bicie serca, wręcz jego łomot, przeszywający nas na wskroś, czerwone encefalogramy, wszystko to zatopione w mroku i tylko w jednym jedynym jasnym miejscu areny pojawia się On – Wirtuoz André. Przywitany gromkimi owacjami m, rozpoczyna szaleństwo na kilka kolejnych godzin utworem „Twisted Love”, tak, jak „Twisted Love” rozpoczął „Distant Earth”.

I tak oto zrodził się drugi moment koncertu, który przejdzie do historii. Trzymające w napięciu, przygotowane „z sercem” – w przenośni i dosłownie, godne rozpoczęcie koncertu ATB.

 

 

 

 


 

 

 

Club Energy 2000 (13.10.2012, Katowice)

13 października 2012 roku, to dzień, w którym André po raz trzeci zagościł w Polsce. Tym razem ATB wystąpił w klubie Energy 2000 w Katowicach. Około godziny 17:00 fani zebrali się na Dworcu Głównym, by wspólnie przygotować się na kolejną dawkę muzyki i emocji. Z banerem i entuzjazmem grupa kilkunastu osób wyruszyła w stronę klubu. Okazało się że do występu jest jeszcze troszkę czasu, więc można było pójść usiąść w katowickim szynku…

 

Aż w końcu wybiła godzina 20:00 z ogromnym oczekiwaniem przenieśliśmy się pod bramy klubu – wtenczas pojawiła się gwiazda wieczoru – André Tanneberger wraz z Rudi’m Dittmann’em. Sale klubu powoli zaczęły się wypełniać, a dobra muzyka oraz przestronne miejsca pozwoliły na rozgrzewkę przed występem. Oczywiście swój set jako pierwszy wykonał Rudi aka Josh Gallahan… płynne, rytmiczne dźwięki wypełniły przestrzeń i cieszyły ucho około godziny…

 

Tuż po tym …..”please, welcome…star of this evening…ATB” wprawiło wszystkich w szybszy rytm serca, popłynęły delikatne dźwięki „All I Need is You” z ostatniego studyjnego krążka DJ’a – „Distant Earth”. Potem tempo przyśpieszyło przy „In and Out of Love” oraz „Never Give Up”. Temperatura rosła z każdą minutą dzięki falom płomieni buchających przed konsolą. Muzyka, światła, cała oprawa sceniczna tworzyły jedyny niepowtarzalny klimat. Wygląda na to, że stary teatr ożył tego dnia w tym katowickim klubie. Kolejno przewijały się kawałki Roger’a Sanchez’a – „Another Chance” oraz Ferry’ego Corsten’a feat. Betsie Larkin – “Not Coming Down” by dopełnić się w klubowej wersji utworu “Move On”. Nastepnie coś nowego i coś pięknego w tym secie czyli Snow Patrol – New York (Ferry Corsten Remix) .Gdy André zagrał niewątpliwie jego najsłynniejszą produkcję „Ecstasy” parkiet ogarnąło totalne szaleństwo. Następnie zaserwował nam kolejny energiczny mix Myon & Shane 54 feat Aruna pres. Velvetine – „The Great Divide”. Po tym zręcznie przeszedł do kolejnej świetnej przeróbki Dash Berlin’a vs. Coldplay – Ticking Clokcs (Dash Berlin Warmplay Rework). W międzyczasie wyraził szczególne podziękowania dla Oficjalnego Fanklubu, a drobna maskotka od Fanów z pseudonimem artystycznym André na koszulce powędrowała na konsolę.

 

Po raz kolejny tej nocy w powietrze wzbiły się dźwięki „All I Need is You”. Niezwykła komunikacja z publicznością, zabawa dźwiękiem oraz powtarzany w rytm klawiszy pseudonim przeniósł nas w początki twórczości – „Let U Go”. Następnie Stefan Dabruck & Tocadisco – „Saturn” oraz ponownie coś z klasyki czyli „Humanity” w wersji klubowej. Świeżości dodał kawałek Jaco – „Malaysia” z przejściem w tradycyjnie już grany w tym roku – „Smells like Song 2” (ID Mashup Mix) –Blur’ego vs. Nirvana. Po tak wyczerpujących taktach czas zwolnił w Sander van Doorn & Adrian Lux – „Eagles” oraz stworzonym wraz z Amurai oraz Melissą Lorettą – „Heartbeat”. Powoli kończąc seta ATB oczywiście „łagodził umysł” stworzonym wraz z Dash Berlin remiksie utworu szwedzkiego duetu Niki & The Dove – „DJ, Ease My Mind” oraz ich wspólnej produkcji „Apollo Road”. W ostatniej trójce znalazł się Tesla Da Vinci – „Life Cycle”, „What About Us” oraz „My Everything”. Słowa tej ostatniej „You are, you are all I’ll ever need, You’re my everything.. I want to thank you..” są najlepszym podsumowaniem tego koncertu, bo sam André oraz jego muzyka są wszystkim… i za to chcemy podziękować.

 

autor: Magdalena Piszczek

 

Dziękujemy Dancefield za zgodę na wykorzystanie zdjęć w serwisie. Prawa autorskie do wykorzystanych zdjęć pozostają w firmie Dancefield. Jakiekolwiek powielanie lub wykorzystanie zdjęć lub tekstów w innych publikacjach elektronicznych lub drukowanie nie jest dozwolone bez wyraźnej zgody wyżej wymienionej firmy.

Realizacja: Seweryn Sildatk