2014 rok zaczął się od mocnego uderzenia. Swój najnowszy album zaprezentował ATB – legenda światowej sceny elektronicznej. Co ciekawe, premiera odbyła się najwcześniej w Polsce. Czy mamy się cieszyć tylko z wyróżnienia, czy podwójnie, dorzucając do tego jakość muzyki?

Odpowiedź na zadane pytanie, wyniknie naturalnie z dalszej części tekstu. Właściwą recenzję, chciałbym jednak poprzedzić małym wprowadzeniem. Przekładając to na język muzyczny – najpierw małe intro, potem breakdown, a w końcu zwięzłe outro.


ATB zawsze ma u mnie ogromny kredyt zaufania. Premiera każdej płyty, poczynając od „Seven Years”, to u mnie święto. Czemu tak późny album? Bo aż tak stary nie jestem, ATB skradł moje uszy premierą „No Silence”. A potem? Potem seria kilku świąt. Mniej, bądź bardziej obfitych w prezenty. Niemniej, Mikołaj zawsze się zjawiał i już samą obecnością wprawiał w radość. Ponieważ tak jak moja metafora, odznacza się  czerwoną czapką, saniami i reniferami, tak ATB ma wachlarz niezmiennych właściwości. Przede wszystkim najważniejszą, czyli – cudnie banalne: TO COŚ. Jak na tym tle wypada kolejny świąteczny worek André? Otwórzmy go i spójrzmy na prezenty z bliska.

Opener to kawałek, o dość długiej nazwie. Zdaje się, że dokładnie brzmi ona – „When It Ends It Starts Again”. I od razu zwraca uwagę. Przede wszystkim charakterystyczną melodią, którą posiada tylko Niemiec z Freiburga. W miarę jak kawałek się rozwija, nasza uwaga skupia się coraz mocniej i nagle wchodzi wokal. I jest coraz lepiej! Wierzcie mi, męskie wokale denerwowały mnie, w większości przypadków u ATB. Użyczający głosu w tym utworze  Sean Ryan, jest strzałem w dziesiątkę. Już na poprzedniej płycie dał radę, ale „When It…” to kosa. Fantastyczny opener.

Następny kawałek nie ma już takiej siły rażenia. Nie znaczy to w żadnym razie, że jest słaby. „Raging Bull” – może kojarzyć się z kultowym filmem Martina Scorsese. Jego forma jest jednak znacznie łagodniejsza. Bardzo przyjemny wokal, szczególnie we wkręcającym refrenie. Główny motyw muzyczny, dobrze akompaniuje wokalowi, ale nie wyróżnia się nadto. W efekcie posłuchamy bardzo przyjemnego kawałka.

Trzeci utwór zapozna nas z wokalem JES. I to jak zapozna! Intrygujące intro wprowadza w bardzo klimatyczne dźwięki. Barwa głosu JES jest piękna. Podkład w postaci, że tak ujmę „szarpiącego bitu” oraz pianina – bajka. Przepiękny „spowalniacz”. Przypomniało mi się „No Silence”. To mówi wiele.

„Face to Face”. Singiel. Brzmi to fajnie. Dobrze skonstruowany kontrast, dynamicznego refrenu z nieco popową zwrotką. Dominująca melodia, gdy dostaje swoje 5 minut, bez udziału  Stanfour’a, przypomina kto majstrował przy dźwięku. Pozytywny, dynamiczny kawałek. Na plus.

„Beam mu up” to kolejny po „Raging Bull”, owoc współpracy André z Boss & Swan. I kolejny trafiony utwór. Ma jedno tempo, ale nie zyskuje przez to na monotonności. Ładny wokal na to nie pozwala. Można powiedzieć, że André delikatnym podkładem zrobił miejsce dla śpiewu. Można się zadumać…

Czas na petardę drodzy państwo. „Hard To Cure”. ATB wraz z JES „dają ognia”. Jeśli nie obca Wam piłka nożna, zrozumiecie tą metaforę. „Hard To Cure” przypomina soczyste, ponad stu kilometrowe uderzenie z woleja wprost w okienko bramki. Fantastyczne dozowanie tempem. Od mega wkręcającej pierwszej zwrotki, po spokojne wyprowadzenie refrenu w imponujący breakdown. Wszystko tu ze sobą gra i buczy, na najwyższych obrotach. Nie wiem czy moi sąsiedzi znają twórczość autora, ale sądzę, że przez myśl przemknęło im „czyżby to ten od „Ecstasy”? Oczywiście zaraz po „Gościu! Ciszej!”.

André jest chyba trochę złośliwy. Otóż, zaraz po bodaj najlepszym tracku, umieścił najsłabszy. „O dziwo” nagrany z udziałem Jansoon’a. Ten bardzo negatywny kontrast dla „Now Or Never”, działa przez to chyba z podwójną mocą. Oczywiście piszę pół żartem-pół serio, ale coś w tym chyba jest. Niby jest ten utwór dynamiczny, ma wejście prawie jak w „Long Way Home” i przysłowiowe pier*******e. Ale jako całość sam w sobie mi nie podchodzi. W dodatku ta konkurencja na płycie. Wolałbym coś innego. Trzymając się dominującej tekst metafory, André wrzucił do worka coś na kształt rózgi.

„Straight To The Stars”. Powrót Seana za mikrofon. Napiszę tak: męska wersja „Beam Me Up”, jeśli chodzi o klimat. Niby się nie wyróżnia, jednak gdy zaskoczy w odtwarzaczu nie ma opcji by go przeskoczyć. Wśród wielbicieli „spowalniaczy”, może zrobić karierę. André, po słabym poprzedniku, znów łapie z słuchaczem „Contact”.

„Walking Awake” to ATB jakiego znamy i lubimy. Długi motyw początkowy, udanie wprowadza słuchacza w spokojny klimat. Później dojdzie spokojny wokal. Udana symbioza głosu i muzyki. „Walking Awake” przypomniał mi klimat dawnego, melodyjnego ATB. Niby nie hit, ale z słuchaczami ten utworek zostanie na dłużej. Jestem o tym przekonany.

Przy okazji kolejnego „prezentu”, czyli „Everything Is Beautiful”, naszła mnie refleksja. Skąd ten ostatni słaby wybór singli? Co prawda, jeszcze dwa przed nami. Ale dlaczego na główny singiel André bierze „Face To Face”, skoro ma takie rarytasy jak „Hard To Cure”, czy właśnie opisywany kawałek. Jest rewelacyjny! Dynamiczny, chwytliwy! Przemyślany! Jak na mój gust, gotowy hit. I jeszcze to piano na początku…Wszystko tu jest poukładane i pochłania przy słuchaniu. Czołówka płyty! Ileż bardziej, wszystko byłoby „beautiful”, gdyby w radiu obok wątpliwych hitów, leciały takie właśnie „bjutifule”…

Jedenasta pozycja to największy zaskok płyty. Jansoon znowu atakuje wokalem! Może z początku mamy obawy, ale potem? To jest udana piosenka z Janem Löchel’em. Mimo, że wiele robi tutaj główny motyw na instrumentalu, to Jan daje radę. Dynamiczny, porywający, taneczny utwór. Szokuje mnie dysproporcja między „What Are You Waiting For” a „Now Or Never”. Niby podobnie, ale jakże inaczej w odbiorze.

Czas na największą, „wszelko forumową” kontrowersję. „Still Here” w odświeżeniu. Ja dawałem temu pomysłowi szansę. Z dwóch powodów. Zawsze miło usłyszeć Tiff Lacey, to raz. Ale już zupełnie poważnie, pamiętacie „Let U Go”? Chyba nie muszę wspominać, ile dała temu utworowi ponowna aranżacja na „Dedicated”. Dlatego czekałem. „Contact” takiej rewolucji nie serwuje, fakt. André dorzucił beat. Zrobił to jednak umiejętnie. Bardzo lubię oryginał, ale usłyszenie tego w wersji szybkiej daje mi sporo przyjemności. Nic by się nie stało, gdyby „Anthem Version” nie znalazło się na „Contact”. Ale skoro już jest, doceniam wykonanie. To, jest co najmniej fajne.

W końcówce płyty ATB zaskakuje. „Arms Wide Open” odbieram jako romans André z dubstepem. We „Future Memories” mieliśmy podkręcenie tempa w „What About Us”, „My Everything” i częściowo, w utworze tytułowym. Wyszło świetnie. Teraz André poszedł w drugą stronę i tempo zmniejszył. Efekt może przypaść do gustu bądź nie. Mi podeszło to umiarkowanie, jest nieco monotonnie. Ale podkreślam, nieco. Jeśli będę miał ochotę na taki klimat, myślę, że mogę ten kawałek docenić bardziej.

„Right Back To You”. Finał CD1. Zapowiadało się fantastycznie. York, spec od spokojnych klimatów zapukał do studia André. Po drodze, panowie zaprosili do tworzenia JES. Jak wyszło? Bardzo lajtowo, bardzo przyjemnie. Ten kawałek świetnie przygotowuje na CD2, stanowi taki swoisty pomost. Przypominają się przy nim ostatnie wakacje na plaży. Co za tym idzie, utworek generuje w nas przyjemne obrazy i wspomnienia. W gatunku przyjemnego, wakacyjnego klimatu „Right Back To You” jest rewelacją.

 

CD2. Nie wiem czy podzielacie moje zdanie, ale drugie części płyt ATB, zaczynając od „Trilogy” są coraz lepsze. Pomijam tutaj „The Relaxing World” z „Two Worlds”, to było jednak coś innego. Od „Trilogy” André upodobał sobie tworzenie chilloutu, w odrębnej części. Na tamtej płycie wyszło to dla mnie dobrze, ale się tym nie zachwycałem. „Future Memories” miało kilka mocnych pozycji. Dokładnie taka sama sytuacja przejawiała się na „Distant Earth”. Te płyty notują u mnie remis, znacznie górując nad „Trilogy”. I w końcu „Contact”. Drodzy państwo, CD2 jest swoistym arcydziełem.

Nie będę recenzował każdego utworu z osobna z prostego powodu. I zaręczam, odpowiedź nie brzmi „bo mi się nie chce”. Odpowiedźjest chyba nawet prostsza. Bo stanowi to dla mnie całość. O ile utwory różnią się naturalnie brzmieniem, to jednak zachowują jednakowy charakter. Od pierwszych taktów, „Contact”, należy się wygodnie usadzić, bądź ułożyć i złapać owy kontakt właśnie. Kontakt ze wspomnieniami, przemyśleniami. Z samym sobą. Można sobie poukładać w głowie wiele spraw. To arcydzieło daje też możliwość wyciszenia totalnego. Wierzcie, do koloru, do wyboru. Naszą sprawą jest podejście do tych dźwięków. O ile każdy podejdzie do odbioru inaczej, to każdy powinien znaleźć swój kontakt z tą muzyką. I o to chyba chodzi muzykom. Fajnie, że André jest dalej tym artystą, dzięki któremu, te ogólne przemyślenia pojawiają się w mojej głowie.

Czas na obiecane outro i odpowiedź na pytanie z leadu. Ale Wy już ją znacie. ATB mnie nie zawiódł. Jest tu kilka potencjalnych, jak i gotowych hitów. Jest rytmicznie, perfekcyjnie technicznie i klimatycznie. CD1 jest znacznie bardziej spójna niż nieco rozbiegane „Distant Earth”. To ważne, bo tą spójnością charakteryzowały się najlepsze albumy. Mówiąc nieco żartobliwie, poziom ATB w ATB oceniam na wysoki. Jeśli brać pod uwagę samo CD2, jest to poziom ultra wysoki. Trochę za wcześnie, i za mało odsłuchów by prorokować czy „Contact” zapisze się tak wyraźnie jak „No Silence”, „Addicted To Music”, „Dedicated”, czy „Two Worlds”. Uważam jednak, że nazwa płyty bardzo dobrze pasuje do puenty tej recenzji. André złapał ze mną „Contact”. Ponowny kontakt.

Na przestrzeni kilku ostatnich lat nieco zboczyłem w stronę innego nurtu muzyki. W żadnym razie nie porzuciłem dźwięków elektroniki, ale jednak zrobiłem parę kroków w inną stronę. Albumem „Contact”, ATB pogroził mi palcem i przypomniał dlaczego słucham muzyki. Bo mnie oczarowała. A nie była to muzyka nikogo innego.

autor: Damian „Dwayne” Lichwa

Dziękujemy Dancefield za zgodę na wykorzystanie zdjęć w serwisie. Prawa autorskie do wykorzystanych zdjęć pozostają w firmie Dancefield. Jakiekolwiek powielanie lub wykorzystanie zdjęć lub tekstów w innych publikacjach elektronicznych lub drukowanie nie jest dozwolone bez wyraźnej zgody wyżej wymienionej firmy.

Realizacja: Seweryn Sildatk